Wychowane na przykazach o byciu grzeczną dziewczynką, która się nie złości, bo to zaszkodzi jej piękności większość z nas ma w sobie zapisany schemat, że złość jest niedobra.

Dzielimy się potem, w uproszczeniu na dwie grupy: te, które tłumią swoją złość przybierając maski łagodnych, delikatnych, przesympatycznych, zawsze dążących do zgody, „do rany przyłóż” (tylko nie swojej) oraz te, które w buncie na grzeczność, z dumą prezentują jakimi są złośnicami i wiedźmami. Niestety ten drugi styl choć wydawać może się wolnością od schematu: złość jest zła, jest tylko jego innym przejawem i pewnego rodzaju małżeństwem ze złością okupionym jednak poczuciem, że jesteśmy złe oraz skrywaną głębiej zazdrością w stosunku do tych, które są delikatne, miękkie i dobre.

Od małego karane, karani za nasze dziecięce przejawy złości: kiedy brat zabierał zabawkę, a ja krzyczałam, mama kazała mi się uspokoić i zrozumieć, bo jestem starsza, kiedy obraziłam się (na wszystko) nie mogąc po raz piąty przeskoczyć przez kozła, Pani od w-fu powiedziała, żebym nie dąsała się jak dzieciak, kiedy byłam wściekła na to, co wujek opowiadał przy stole i powiedziałam na głos, że nie może tak mówić, a rodzice zaczęli się śmiać ze mnie i tłumaczyć wujkowi rozbawieni, że ja tak lubię się wymądrzać i żeby nie przejmował się tym. Te i miliony innych sytuacji w dzieciństwie nauczyły nas skutecznie, że nie możemy naszej złości, wściekłości wyrażać. Co za tym idzie: że nie możemy przeżywać niezgody, smutku, frustracji, z których ta złość się urodziła. Jak to przeżywamy, a co gorsza pokazujemy to będziemy albo skarcone, albo wyśmiane a w najlepszym wypadku zostanie to umniejszone przez nasze otoczenie, w tym: naszych bliskich.

Kiedy doświadczamy w życiu straty to w naszym żyjącym czującym organizmie naturalnie pojawia się złość, być może nawet bardzo dużo złości. Ona stoi równo z bólem i mówi w naszym imieniu niejako: Nie zgadzam się na to, co mi teraz robisz (losie, sytuacjo, życie, Boże). To boli za bardzo, nie chcę tego. Mam dość, że w moim życiu tyle trudnego.  To normalne reakcje.

Sztuką jest być ze swoją złością, zrobić jej miejsce, uszanować ją i to na co się nie zgadza. Dać jej głos i usłyszeć, co krzyczy. Pozwolić jej przemówić swoim niedelikatnym, niepoprawnym, ale autentycznym głosem. Błędem natomiast jest i może istotnie spowalniać proces żałoby kwestionowanie swojej złości, wygładzanie jej na siłę i uciszanie. U wielu z nas zaprogramowanych przez lata na wyciszanie swojej złości mogą pojawiać się różne myśli, kiedy zaczynamy czuć w sobie złość. Mogą one brzmieć na przykład tak: uspokój się, nie warto się złościć, to niczyja wina, musisz zaakceptować to co się zadziało, przestać mówić takie straszne rzeczy, nie możesz nawet tak myśleć, skup się na tym co pozytywne i tak dalej. Czyli innymi słowy: złoszczę się, ale jednocześnie zabraniam sobie tego, bo gdzieś wcześniej nauczyłam się, że złości czuć nigdy do końca, tak naprawdę się nie powinno.  Że to złe. Złość, psychologicznie jest jednym z podstawowych stanów emocjonalnych, a zdolność jej pełnego autentycznego odczuwania to warunek kluczowy dla pełnego doświadczania pozostałych emocji, w tym pozytywnych.  Kiedy mówię: Nie zgadzam się na to, nie zgadzam się na to, co mi życie teraz przyniosło. Nie tak byliśmy umówieni, ja się tak starałam! To jestem autentyczna ze swoją złością na los. I to jest moje „święte” doświadczenie na teraz. Często wystarczy, jak pozwolę sobie powiedzieć to co czuję, jak pozwolę sobie na głos bez cenzury „neutralizujących mądrości” typu: nie ma co być na nich złą albo złoszczenie nic mi tu nie da, wypowiedzieć zdania, które chcą być wyrażone. Złość stoi na straży tego co mnie zabolało do żywego, staje w obronie mnie samego, kiedy coś mnie przerasta, staje w niezgodzie na to, co mnie rozkłada na łopatki. Jest wyrazem naszej własnej obrony przed „złym”, które nas spotyka.

Kiedy pozwalam sobie na odczuwanie złości, pozwalam sobie na usłyszenie swojej niezgody i bólu. Akceptując swoją złość i dając jej miejsce w moim przeżywaniu, robię to co najwłaściwsze, aby potem pójść do przodu.  Droga do spokoju, ponownego stanięcia na nogi, „ogarnięcia się”, tego prawdziwego - stabilnego wiedzie przez trudne emocje. Nie ma nic wspólnego z wymuszaniem na sobie akceptacji, kiedy jej nie ma.

Anna Masternak - psycholog