Cześć. Nazywam się Alicja. Jest 10 czerwca 2018 roku. Mam 33 lata. Niedawno otworzyłam z siostrą poradnię psychologiczną. Jestem zdrowa, dbam o siebie, gram w tenisa, uprawiam jogę, zimą jeżdżę na nartach. Jadę właśnie do centrum handlowego i bardzo dziwnie się czuję. Moje serce bardzo szybko bije, mimo iż jestem zupełnie spokojna. Chyba umieram… albo jestem w ciąży.
Mam zrobić zakupy spożywcze, ale coś mnie tyka i wchodzę do drogerii. Biorę test ciążowy i bez zastanowienia idę z nim do łazienki. To raczej niemożliwe, żebym była w ciąży. Mija parę sekund. A jednak możliwe. O boże! Co ja powiem mojemu partnerowi?! Co z naszą firmą? Czy ja jestem na to gotowa?
Jadę do domu, K. zachwycony, na razie nie mówimy nikomu. Idę na badania krwi. Beta-hcg znacznie podwyższone. Czyli jednak to prawda. To nasze pierwsze dziecko! Nie umiemy utrzymać takiej tajemnicy, powiemy tylko najbliższym.
Po paru dniach idziemy na USG, gdzie lekarz potwierdza ciążę. Jest zagnieżdżony zarodek, bije malutkie serduszko. K. nie wszedł ze mną, bo powiedziałam mu, że raczej nic jeszcze nie będzie widać. Lekarz zaprasza nas za kolejne parę tygodni. Przez cały ten czas bardzo źle się czuję, mam okropne mdłości, wygląda na to, że wszystko idzie super. Dbam o siebie bardziej niż zwykle, dużo odpoczywam, zdrowo się odżywiam, chodzę na spacery.
Mija 11 tydzień ciąży i przychodzi dzień naszej wizyty u lekarza. Jest lipiec, dzień imienin mojego partnera. Idziemy szczęśliwi, że w prezencie imieninowym pozna naszego dzidziusia. Kładę się na leżance. Lekarz przykłada głowicę do mojego brzucha, ogląda, nic nie mówi. Jestem tak podekscytowana, że nawet nie zwracam uwagi na jego milczenie. Po chwili lekarz mówi, że niestety ciąża się nie rozwija.

Jestem w szoku. Nie zadaję nawet żadnych pytań. Serce przestało bić. Muszę iść do szpitala po tabletki.
Wychodzimy przed klinikę. On płacze, ja mówię, że takie rzeczy się zdarzają. Że to około 30% ciąż. Dużo o tym czytałam. Jeszcze nie wiem, że cała siła rażenia dotknie mnie później.
Jedziemy do szpitala, do którego skierował nas lekarz, tam na izbie przyjęć czekamy razem z ciężarnymi oczekującymi na KTG. Lekarka, po zapoznaniu się z moim przypadkiem, mówi żebym poszła do domu, bo będę czekać parę godzin! Do domu? W takim stanie? Niestety system nie ma litości. W międzyczasie dzwonię do siostry, że chyba nie dam rady przyjść jutro na spotkanie, bo nie wiem jak będę się czuła. Jeszcze nie wiem co mnie czeka i że przez parę kolejnych tygodni będę nie do życia. Próbujemy w drugim szpitalu. Tam jest chyba jeszcze gorzej. Pani w rejestracji
mówi „Proszę przyjść jutro o 7, o 7 przyjmujemy na oddział Was wszystkie”. Myślę sobie: „Nas wszystkie?! To jest jakieś grupowe wydarzenie?” Jedziemy do domu, jemy coś i wracamy późnym wieczorem do pierwszego szpitala. Udaje nam się już bez dłuższego czekania, otrzymuję tabletki wraz z instrukcją co może się później wydarzyć. Jednak na coś takiego człowiek nigdy nie może zostać dobrze przygotowany. Wieczorem i w nocy brzuch boli mnie bardzo, biorę dodatkowe leki
przeciwbólowe i wreszcie nad ranem zasypiam.

Dzień, w którym budzisz się rano w kałuży krwi nie należy do najlepszych. Nie należy nawet do najgorszych. Po prostu nie powinien się nigdy wydarzyć. Jest lato, leżę bez sił na kanapie. Mimo rozmowy z lekarką nie byłam na to przygotowana.

Najgorsze jednak rzeczy zaczynają się dziać w mojej głowie. Dlaczego to się stało? Czy mogłam temu zapobiec? Zaczynam szukać informacji, ale niestety spora większość portali to serwisy typowo katolickie. To mnie nie przekonuje.
Potrzebuję wsparcia merytorycznego, medycznego wytłumaczenia. Na szczęście w porę znalazłam bloga mamaginekolog. Otrzymałam trochę ukojenia, ale wciąż pytania od bliskich czy nie za dużo pracowałam, nie pomagają. Po powrocie do swojego lekarza, długo z nim rozmawiałam. Niestety, tak wygląda natura. To okropnie smutne, ale czasem lepiej jest, aby uszkodzony zarodek obumarł. „Na szczęście” mój organizm szybko się „oczyścił” i po pierwszej miesiączce możemy spróbować znowu.

Po fazie szukania informacji i wyjaśnienia został tylko smutek. Coś jednak zabiło w moim brzuchu, a potem przestało bić. Mimo iż starałam się podchodzić do tego bardzo racjonalnie i otrzymywałam ogromne wsparcie od mojego partnera i rodziny, poczułam że chyba potrzebuję fachowej pomocy.
Zaczęłam szukać psychologa, terapeuty pracującego z kobietami po stratach. W międzyczasie pojechaliśmy na wakacje, odpocząć i oderwać się od wszystkiego. Los chciał, że nim znalazłam odpowiedniego specjalistę, okazało się, że jestem w kolejnej ciąży. I po prostu zajęłam się czymś innym.

Te myśli czasem wracają. Ale jest już lżej. Czas leczy rany.

Cześć. Nazywam się Alicja. Jest 5 czerwca 2019 roku, dzień moich 34 urodzin. Dziś wychodzę ze szpitala z najpiękniejszym na świecie dzidziusiem o imieniu Jaś.

Alicja Gruhn- 34 lata, mama Jasia, współwłaścicielka poradni Dom Rozwoju.