Praca z kryzysem nie jest dla każdego. To stwierdzenie wydaje się być oczywiste, kiedy myślimy o kryzysie w sposób, w jaki mówi się o nim w przestrzeni publicznej – kradzież w naszym sklepie, wypadek w hotelu, którym zarządzamy, czy atak hakerski na serwery w banku, w którym pracujemy. Radzenie sobie z takiego rodzaju kryzysami wymaga wielu lat doświadczenia i ogromnej wiedzy, pozwalającej sprawnie i efektywnie rozwiązywać tego typu sytuacje. To rodzaj zadania, którego można się nauczyć, ale dla każdego jest oczywiste, że oprócz wiedzy niezbędne są też specyficzne cechy osobowości, które osoba zajmująca się kryzysem powinna posiadać, żeby robić to skutecznie. Nikt nie kwestionuje tego, że nie każdy będzie się do takiej pracy nadawał czy czuł się w niej komfortowo.

Jest jednak jeszcze inny rodzaj kryzysów; taki, o którym mówi się mniej albo po prostu ciszej, który dzieje się za zamkniętymi drzwiami, dotyka niewielkiej liczby osób - czasem dwóch, czasem kilku, a czasem jest wyzwaniem tylko dla jednostki. Jednym z takich momentów jest utrata ciąży czy inna trudna sytuacja okołoporodowa. Im dłużej pracuję z osobami, które sięgają po pomoc naszej fundacji, tym mocniej jestem przekonana, że jak wielu kursów bym nie skończyła, ilu mądrych książek bym nie przeczytała, to nigdy tak do końca nie da się nauczyć pracy z tym rodzajem kryzysu. Można tę cechę mieć lub nie. To oczywiście nie oznacza, że nie należy się dokształcać. Wręcz przeciwnie – poznawanie i odkrywanie nowych dróg czy perspektyw jest jednym z najważniejszych filarów mojej pracy, ale nie zmienia to we mnie przekonania, że ten specyficzny rodzaj kontaktu z klientem wymaga czegoś więcej niż umiejętności nabytych w trakcie kursów, szkoleń i konferencji. Zrozumienie perspektywy drugiego człowieka nigdy nie jest proste. Ograniczają nas własne przekonania i poglądy. A kiedy ta druga osoba stoi nad przepaścią, sprawy komplikują się jeszcze bardziej. Każdy, kto do nas pisze, oczekuje czegoś innego, i nie ma w tym nic złego; przecież gdyby nie oczekiwał -  to by nie pisał. Jednak te oczekiwania nie zawsze są klarowne. To, że jedna osoba chciałaby być przytulona, nie oznacza, że kolejnej osobie taki rodzaj wsparcia będzie odpowiadał. To właśnie ten element, którego nauczyć się nie da. Oczywiście można starać się to wypracować. To tak jak ze śpiewaniem – możemy urodzić się z pięknym talentem lub możemy starać się tego nauczyć. Prawdopodobnie po kilku latach treningów będziemy całkiem nieźle śpiewać, ale nigdy nie osiągniemy efektu, o jakim mówił będzie cały świat.

Oprócz tego, że praca z kryzysem emocjonalnym nie jest dla każdego, to nauczyłam się też, że nie każdego dnia ta praca jest dla mnie. Oznacza to, że bywają takie momenty, kiedy bez wyraźnej przyczyny mam poczucie, że w tym momencie nie potrafię pomóc, szybko się irytuję, że rozmowa „nie idzie po mojej myśli”. Może to wydawać się szokujące, ale wszystkie te emocje są normalne i najważniejszym zadaniem w mojej pracy jest nauczyć się je wychwytywać. Uczę się tego codziennie, a przede wszystkim każdy taki sygnał staram się zapamiętać
i porozmawiać o nim w trakcie superwizji (jest to rodzaj cyklicznych spotkań
z bardziej doświadczonym specjalistą/terapeutą, w trakcie których pracuje się nad wzbogacaniem własnych umiejętności i doświadczeń zawodowych, co docelowo ma służyć klientowi zgłaszającemu się po pomoc). Ta forma rozwoju powinna być nieodłącznym elementem pracy każdego, kto mierzy się na co dzień z emocjami innych ludzi.

Jest jeszcze jeden ważny aspekt pracy z osobami, które przeżywają często najtrudniejsze momenty w swoim życiu. Jak bardzo nie chciałabym im pomóc, zaangażować się, poruszyć niebo i ziemię, żeby odpowiedzieć na te kilka pytań (które często odpowiedzi niestety nie mają), to muszę jednak pamiętać, że nie mogę tego zrobić… że takim podejściem wyrządzę krzywdę zarówno sobie, jak i tej osobie; że czasem naprawdę można kogoś „zagłaskać na śmierć”. Nie mogę chcieć bardziej niż osoba, z którą rozmawiam. To, że Ja jestem gotowa podać rękę, być towarzyszem na tej nowej drodze, która ma ułatwić powrót do równowagi, nigdy nie oznacza, że ta osoba też jest gotowa. Swoim ciągnięciem w stronę, która wydaje mi się być odpowiednia, mogę narobić tylko większego bałaganu. Bywa tak, że zostawienie kogoś na dnie jego świata jest najlepszym możliwym rozwiązaniem i tylko to spowoduje, że ta osoba w tym dnie nie ugrzęźnie. Mogę powiedzieć - że jestem, że jeżeli będzie gotowa – pomogę, ale moim obowiązkiem jako psycholożki jest też nauczyć się szanować to, że ktoś wcale tej pomocy nie chce, że dobrze mu tam, gdzie jest, i właśnie w tym kryzysie czuje się bezpiecznie – kochany i zaopiekowany.

Mimo tego, że praca na naszym live chacie może wydawać się monotonna czy niektórym nawet rutynowa, jest ona zupełnie czymś innym. Oczywiście metody, z których korzystamy, narzędzia, których używamy, bywają podobne czy nawet identyczne, ale cała sztuka polega na ich umiejętnym dostosowaniu do potrzeb osoby wspieranej, do jej zasobów, możliwości i odporności. To właśnie tego psycholog uczy się przez całe życie.

Mam nadzieję, że powyższym tekstem udało mi się choć w części oddać specyfikę pracy na live chacie naszej Fundacji i przybliżyć Wam naszą codzienność.

Inga Kloze
Psycholożka
Fundacja Medycyny Prenatalnej im. Ernesta Wójcickiego