Ciąża to niełatwy, ale piękny czas. Czas, który ma swój koniec będący jednocześnie początkiem. Tak było w naszym przypadku. W przypadku mojej rodziny, mojej drugiej ciąży i szczęśliwych narodzin syna. Łzy szczęścia, niekończąca się radość i ogromna ulga, że jesteśmy w komplecie. Tylko… dlaczego chciałam zapaść się pod ziemię?

Przeżyłaś kiedyś sytuację, w której kompletnie nie wiesz, jak się zachować? Pamiętasz moment, kiedy wolałabyś nie być w tym miejscu, w którym teraz się znajdujesz? Twoje zmieszanie i zakłopotanie było tak silne, że chciałaś się zapaść pod ziemię? Ja tak miałam. Raz w życiu i ten moment – każdą sekundę – zapamiętam na zawsze.

Jak to możliwe? Ja – dziewięć miesięcy – jedna ciąża – jedno dziecko w ramionach. Ona – dziewięć miesięcy – dwie ciąże – dwie straty. Jak to możliwe? Dlaczego? Dlaczego ona? Dlaczego oni?

Zacznę od początku. Maj 2017.

Piękne słońce przedzierało się przez ogromne okna Kliniki przy Starynkiewicza. Rana po cięciu już mniej bolała, a spacery po korytarzu ze śpiącym noworodkiem to najlepsza rozrywka kilka godzin po porodzie. Nie wiem, czemu wtedy akurat się zatrzymałam. Wcześniej tego nie robiłam. Stanęłam na środku korytarza, opierając się o mydelniczkę (szpitalny wózek-łóżko dla noworodka) ze śpiącym Antosiem. Zauważyłam coś niepokojącego, personel zwiększył tempo, położna z oddziału przebiegła obok mnie i popędziła na klatkę schodową. Nadal stałam nieruchomo, patrząc na 60 cm szczęścia. W tym samym momencie otworzyły się drzwi szpitalnej windy. W windzie była Ona – Nicola. Siedziała na wózku inwalidzkim, prowadzona przez personel szpitalny. Stałam metr od niej. Pomyślałam: „Heej! To już! Powodzenia”. Na szczęście pomyślałam – nie powiedziałam. Nasz wzrok spotkał się na sekundę, na pewno nie więcej. Wiedziałam od początku, że ciąża z Ernestem jest zagrożona, że sytuacja nie jest łatwa, ale dla mnie było oczywiste, że Nicola jest wieziona na poród i niedługo Roger będzie miał młodszego brata. To zimne powietrze, które pozostało po paniach z oddziału i pędzie na salę porodową, zostało na korytarzu. W jednym momencie oddział zamarł, nikt już nie wychodził z dyżurki, winda stała nieruchomo. „Ta to ma obstawę” – pomyślałam.

Był rok 2016, wrzesień. Będąc na wakacjach z 10-miesięczną córką, napisałam Nicoli, że jestem w ciąży. Odpisała w sekundę (nie zdarza się to często): „Tylko nie mów nikomu! Ale jaja! Ja też jestem w ciąży”. Cieszyłam się do telefonu jak głupia. Nasze dzieci były przed pierwszymi urodzinami, a każda z nas spodziewała się już kolejnego potomka. Układ idealny. Następnego dnia dostałam krótką wiadomość: „Poroniłam”. Odpowiedź tworzyłam chyba z 15 minut. Pisałam, kasowałam, zmieniałam, dodawałam. Cholera! Co tu odpisać? Jak się zachować?

Wracając do 2017 roku i szpitala na Starynkiewicza… Stałam w tym samym miejscu, w tym miejscu, gdzie widziałam Nicolę. Podszedł do mnie mój mąż, który Nicolę i Kubę zna bardzo dobrze. Powiedziałam, że Nicola rodzi, że Ernest będzie wcześniakiem, ale na pewno dadzą radę. Nawet dodałam, że znowu będziemy miały dzieci w tak krótkim odstępie czasu. Korytarz był pusty, drzwi od sali porodowej zamknięte, w dyżurce nikogo nie było. Poszliśmy do mojej sali. Jeszcze obolała usiadłam na łóżko i zaczęłam karmić Antosia, nie przestając myśleć o Nicoli. Nagle w drzwiach sali pojawił się Kuba. Tak, ten Kuba – mąż tej Nicoli, która teraz rodzi ich wspólne dziecko. Kuba uściskał nas mocno, popatrzył na Antosia i złożył gratulacje. To były gratulacje w stylu Kuby – szczere, z uśmiechem i klepnięciem w plecy Adasia. Wypytana o wymiary syna, o moje samopoczucie i gojącą się ranę, wyskoczyłam z tekstem: „Widziałam Nicolę. Zaraz będzie drugi syn”. I wtedy z ust Kuby padły te słowa, trzy słowa: „Ernest nie żyje”. Kuba wyszedł, my zostaliśmy bez ruchu. Siedzieliśmy i patrzyliśmy przed siebie. Nie wiem, ile to trwało. Błagam! Chcę stąd zniknąć! Chcę się zapaść pod ziemię! Zerkałam ukradkiem na Antosia i miałam wyrzuty sumienia. Tak, to były wyrzuty sumienia, że trzymam i karmię pięknego, zdrowego mojego chłopca, a w tym samym czasie, pod tym samym dachem umiera dziecko. Dziecko moich znajomych, dziecko mojej koleżanki, dziecko kobiety, która potwierdziła płeć mojego dziecka i opiekowała się mną i moją ciążą przez wiele tygodni.

Następnego dnia wyszliśmy ze szpitala, Nicola w nim została. Wtedy nie umiałam cieszyć się własnym szczęściem. Napisałam Nicoli, że jestem dla niej, jesteśmy dla nich, kiedykolwiek będą nas potrzebować. Czy to ma być wspólna rozmowa, pomoc w firmie czy ucieczka z miasta. Wtedy miałam swoją teorię: nie narzucaj się. Bądź blisko, będąc daleko. Oni w twoim synku będą widzieć swojego zmarłego syna. Kolejne urodziny Antosia to dla nich rocznica śmierci Ernesta. Miałam w głowie to, że przy następnych spotkaniach nie mogę pokazywać radości, chwalić się nowymi umiejętnościami Antosia, a już na pewno nie opowiadać, jak rewelacyjny kontakt między sobą mają moje dzieci. I to był błąd. Mój błąd.

Przez wiele miesięcy analizowałam każdą sekundę spotkania na Starynkiewicza. Ten wzrok. To był wzrok kobiety, która wiedziała, że pod sercem ma nieżyjące już dziecko. To był wzrok kobiety, która jechała urodzić zmarłego już syna. To był wzrok kobiety, która była świadoma tego, co się zdarzyło. To był wzrok kobiety, która wiedziała, co będzie za kilka godzin, za parę dni i tygodni.

Zapytacie, czy z Nicolą kiedykolwiek rozmawiałam o tym „spotkaniu”. Odpowiedź brzmi: nie. Kiedy Kuba z Nicolą postanowili założyć Fundację im. Ernesta, odbyliśmy ważną rozmowę. Wtedy wspomniałam jednym zdaniem o „spotkaniu”. Spojrzałyśmy na siebie, do oczu napłynęły nam łzy, ale to nie były łzy rozpaczy. To były łzy wzruszenia, że teraz spotykamy się swoimi rodzinami, w składzie 2+2 i jesteśmy zupełnie innymi kobietami.

Po co to wszystko piszę? Bo nie można zapaść się pod ziemię. Nie ma szans na przeżycie żadnej sytuacji podwójnie. Nie wiem, czy zrobiłam dobrze, jak powinnam się zachować, co zmienić. Wiem jedno. Nawet gdy jesteś daleko, możesz być blisko. Kiedy jesteś blisko, możesz być daleko. Ja wybrałam pierwszą opcję.


Ewelina